Albanian trip Strona Główna

Poniżej pełna wersja opowiadania z naszej wyprawy motocyklowej do Albanii w składzie Rafał /RaF/ Przedaszek & Piotr /Bigos/ Zabagło.
Bardzo skrócona wersja relacji trafiła do druku miesięcznika MotoVoyager i została wydana w numerze 06/2012.

ZDĄŻYĆ PRZED CYWILIZACJĄ – SERBIA-CZARNOGÓRA-ALBANIA (THETH)

W pewien zimowy wieczór, podczas przeglądania opisów różnych wyjazdów Piotr (Bigos) wpadł na fotkę z kilkoma naszymi motonitami na drewnianym mostku nad strumieniem, z monumentalnymi górami w tle. W tym samym momencie gruczoły ślinowe zaczęły intensywniej pracować i  przez głowę przebiegła myśl: „A może by cyknąć sobie coś podobnego …?”. Takie też pytanie popłynęło do Rafała (RaF-a), który mieszkając nieopodal i ujeżdżając „Trampka” , czy nie byłby skłonny ponieść duchowo-cielesnych kosztów takiego „cyknięcia”. Pytanie okazało się retoryczne i było jasne, że nie wiadomo jeszcze jak i jakimi środkami, ale fotkę na mostku w Theth będziemy mieli i basta!. W kwestii najazdów na dalekie barbarzyńskie ziemie od teraz sen z oczu spędzać miało pytanie … „jak”?

Kilka spotkań organizacyjnych jak jechać , co zabrać i zaczęło wydawać się nam, że wiemy z czym i w którą stronę pojedziemy. Wówczas nasza świadomość w kwestii stanów psycho-fizycznych, jakich doświadczymy między albańskim Kopikiem a Szkoderem była mierna i wykraczała poza wyobrażenie 😉

RaFał zabezpieczał kuchnię (mała „stufa” benzynowa, narzędzia tnąco-smarujące, trochę sprzętu do prowizorki wędkarskiej, zestaw „uranówek” zwanych zupkami chińskimi itp.). „Chińczyk” Piorta (czytaj kufer centralny)  zapełnił się narzędziami, zamiennymi furiami i innymi reanimacyjnymi szpejami. Reszta wedle uznania (przygotowane sterty do zapakowania od razu wygladały na nierealne do upchania). W końcowym efekcie, bez zbędnych przymiarek logistycznych „babcia” z „chińczykiem” na kuprze i „osiołek” z „Hiszpańskimi” alu-kuframi były gotowe do drogi.

 

29.07 (DZIEŃ PIERWSZY) (1300 km) – słyszeliśmy, że się da, więc plan na ten dzień był ambitny, zawzięliśmy się na przejazd około 1200 km i  dojazd do Novi Sad w Serbii.

Nadeszła godzina „ZERO”! Jest 4 rano. Spotkaliśmy się zgodnie z planem pod kinem Pionier w Żarach. Po powitalnym ziewnięciu obieramy kierunek na granicę z Czechami w Zawidowie. Wybraliśmy opcję dojazdu niemiecką stroną, gdzie była okazja zobaczyć jak zapakowane motory zachowują się na dobrej, krętej drodze. Polska strona od Zgorzelca odpowiedziała jak będzie na wszystkich innych drogach (tak nam się wydawało …). W czeskim Libercu skończyło się testowanie doznań i rozpoczęła nuda autostrady, zakrapiana opadającą mgłą utrudniającą widoczność i tym samym komfort jazdy na w koralikowych siodłach (jak się okazało, jeszcze wielokrotnie podczas podróży, jednogłośnie wychwaliliśmy patent w niebiosa, twierdząc, że „dupy nam uratował”).

Na wysokości Brna, wypatrując zjazdu na Bratysławę niechcący przetestowaliśmy naszą komunikację … na migi ;). Piotr dojeżdżający do jadącego przodem RaFała podjął próbę gestykulując prawą ręką zapytać, czy według mapy, którą ma w mapniku jedziemy dobrą trasą (spróbujcie to sobie wyobrazić)? Gesty stanowiące odpowiedź odczytał, że tak!. Wskazywanie kierunku przy zjazdach utwierdzało, że jest ok. Cóż – 50 km dalej, kiedy skończyła się nam autostrada i zaczeło „coś” nie pasować, ustaliliśmy zeznania i co się okazało.

RaF w mapniku miał mapę Polski z okolicami Żar – to tak w razie tęsknoty za domem :D, a nasze znaki, rzecz jasna, rozumieliśmy na opak. RaF, Piotrowe znaki z pytaniem „Jedziemy dalej prosto???” odebrał jako „Jedziemy prosto!” – po czym kiwnął głową, że OK!, Piotr z kolei kiwnięcie głową zrozumiał jako twierdzącą odpowiedź na pytanie, czyli „Jedziemy prosto!”  😀

Po godzinie, kiedy lekko opadły morale (bo plan dnia był ambitny) i po powrocie na wysokość Brna poszło już gładko.

Szczęśliwie Budapeszt przejechaliśmy bez komplikacji (nastroje poprawiły nam pierwsze ładne widoczki w trasie), bo widząc z boku dużą aglomerację i czując jak grzeje planeta, przy zakorkowanych drogach pewnie byśmy się zagotowali (aczkolwiek opatrzność nad nami czuwała i zagotowań doznaliśmy jeszcze wielokrotnie – ale o tym później).

Jak przystało na „zjednoczoną” Europę granica z Serbią była pierwszą, z kontrolą dokumentów. Do granicy dojechaliśmy od strony autostrady – przejście graniczne w Szeged. Obserwowaliśmy ruch na autostradzie (był bardzo mały) i zaryzykowaliśmy przekroczenie granicy w tym miejscu, pomimo wielu ostrzeżeń bardziej doświadczonych, że możemy spędzić na granicy w Szeged parę godzin (w przypadku zatkanej autostrady, w rezerwie mieliśmy plan odbicia z autostrady na zachód, drogą nr 55 i przekroczenia granicy na małym przejściu granicznym.

Jesteśmy na granicy. Jest praktycznie pusto. Ciśnienie wzrosło, kiedy przy zielonej karcie z PZU Bigosa, serbski pogranicznik się skrzywił i powiedział: „Nie dobra”! Wtedy i Piotr się skrzywił, … tyle, że trochę inaczej. Powiało grozą i lawina problemów i innych alternatyw przewinęła mi się przez głowę. Aby tak nam na twarzach nie zostało wyjaśnił, że na karcie nie ma Serbii i tak jak mógł przytrzymać, postanowił mieć gest i odpuścił (bezkosztowo! :-)). U RaF-a poszło już bez grymasu, mimo, że po porównaniu uznaliśmy, że ma taki sam druk – „dziwny jest ten świat” 😉

Przekroczenie granicy z Serbią było dla nas pierwszym szokiem kulturowym, którego doznaliśmy na trasie. Po zatrzymaniu się za granicą podbiegła do nas grupa dzieci, takich jakie wcześniej widzieliśmy w programach podróżniczych. Chciały podotykać naszych maszyn, przy okazji próbując wyłudzić trochę „euryków”. RaF sypnął im na pamiątkę trochę złotówek, z tego co zrozumieliśmy odebrali je jako polskie Euro ;). Po krótkiej obserwacji szybko stwierdziliśmy, że „grupa dzieci” nie należała do takiej jakie znaliśmy do jej pory, bynajmniej rozbiegany wzrok i wyraźne poziomy hierarchii w grupie nie wskazywały na „dziecięce” intencje. Na koniec, RaF dał „brzdącom” przygazować – licznik obrotów się skończył – co za brak wyczucia ;). Ruszyliśmy dalej.

Słysząc wcześniejsze opinie, że nie warto płacić za autostradę, bo potwornie drogo, postanowiliśmy od Suboticy ruszyć na Novi Sad lokalnymi drogami (E662). Jadąc przez Suboticę zakręciliśmy się na chwilę przy markecie – w sumie, z zakupów zrezygnowaliśmy, zaczynał gonić nas czas. Już odjeżdżaliśmy, kiedy Podbiegł do nas chłopak o wyglądzie serbskiego siatkarza i rozentuzjazmowany zapytał czy jesteśmy z Polski. Po twierdzącej odpowiedzi opowiedział nam w telegraficznym skrócie, łamaną polszczyzną, jako to niedawno grał w ŁKS-ie Łódź i jak dobrze wspomina pobyt w Polsce. Przez to bardzo ucieszył się na nasz widok. Widocznie nie często dane mu było lokalnie spotykać Polaków. Serdecznie uścisnęliśmy graby i ruszyliśmy dalej.
Krótko później nawiązaliśmy kolejny kontakt z miejscowymi.

Na wylocie z Feketic, kierując się cały czas na Novi Sad, zobaczyliśmy uśmiechniętego policjanta pozdrawiającego nas lizakiem. Po zatrzymaniu wyjaśnił nam dokładnie o co biega. Chodziło mu o to, że nasze 67 km/h chciałby wymienić na 2000 dinarów. Od ręki … Postawa mundurowych wskazywała, iż z racji tego, że jechaliśmy blisko siebie obaj przegięliśmy tak samo i dostaniemy dwie pamiątkowe pokuty na tą okoliczność. Na domiar złego płacić trzeba dinarami, o których nie wiemy nawet jak wyglądają. Znowu byliśmy w niedoczasie, bo do Fruskiej Góry, jeszcze daleko, oznakowania na drogach znikome, śniadania jeszcze nie było a wieczór tuż tuż. Po blisko pół godziny klarowania różnic językowych doszliśmy do porozumienia, że zamiast latania po okolicy w poszukiwaniu ich waluty damy im 1,5 mandatu w europejskiej walucie i dzidujemy dalej. W tym samym czasie przelatywały koło nas pojazdy różnej maści bez świateł, rejestracji, kasków, … trąbiące i pozdrawiające naszych oprawców. Tym samym utwierdziliśmy się w dziwnym uczuciu, że miejscowi mogą wszystko, a nas złupią za każde, najdrobniejsze wykroczenie.  Przed pożegnalnymi uściskami wywiązała się jeszcze dyskusja o zawartości bukłaków na plecach. Poszło w stronę piwa i opinii o serbskiej rakij. Z racji, że ich gorzały jeszcze nie próbowaliśmy nie mieliśmy zdania, więc aby to naprawić posterunkowy wyciągnął z bagażnika reklamówkę z flaszką i w ten sposób przy wieczornych pogaduchach wyrobiliśmy sobie brakującą opinię. Dodatkowo dostaliśmy radę, że nasze portfele mniej odczują jeśli dalej pojedziemy autostradą. Zdarzenie z policją przeniosło nas chyba też w przestrzeni, bo po kilku kilometrach minęliśmy stojącego przy drodze i mijanego już wcześniej gościa o italiańskim wyglądzie, z okularami w stylu Cobra Cobretti  i zaraz po tym pojawił się drogowskaz na Subotica (a stamtąd przecież przyjechaliśmy) i na autostradę. Jakaś „Fatalna morgana!”. Decyzja zapadła szybko – wskakujemy na autostradę. Co się okazało, zamiast majątku, zapłaciliśmy na bramce po 4 EUR i pojechaliśmy w stronę Novi Sad. Wbrew zapewnieniom Policji „od rakiji”, na autostradzie nadal napotykaliśmy patrole policji z suszarkami, a dopuszczalna prędkość to co chwilę pojawiąjące się znaki z astronomicznym 80km/h.
Wreszcie Novi Sad! Zrobiło się ciemno, w mieście były wygaszone latarnie, więc kluczenie w poszukiwaniu kierunku na Fruska Góra było dość uciążliwe, a zależało nam na znalezieniu polany motocyklowej, gdzie naiwnie spodziewaliśmy znalezienia miejsca na nocleg. Trochę pokluczyliśmy, ciągnąc się za samochodami z brakami w oświetleniu, z palącymi się klockami hamulcowymi, czy brutalnymi wyziewami z tłumików.

Na miejscu okazało się, że polana jest, motocyklowa chyba też (po stojących kilku motongach pod barem), ale miejsca na kimę niet. Jako, że było już późno nie było czasu na dumanie. RaF zagadał z gościem za barem w lokalu Arena i bez oporów rozbiliśmy się w krzaczorach na zapleczu. Grochóweczka z puchy i kilka chmielonych Jeleni przy barze rozlało się po naszych mikrych, zmęczonych ciałkach miłym sponiewieraniem i ani naparzająca muza a’la Serbskie techno, ani walory przelotowej trasy, przy której stał bar nie przeszkadzały nam w wypoczynku.

 

Rano zwinęliśmy się przed otwarciem baru, w którym poranna zmiana łypała na nas podejrzliwym okiem. O świcie, okazało się, że przy barze jest zbawczy kran z wodą, który nocą zniknął w czeluściach ciemności i pozbawił nas radości zażycia wieczornej higieny osobistej 🙂

 

30.07 (DZIEŃ DRUGI) (300 km) – Po naszej porannej kawce i łyczku oleum naszych szkap czas ruszać dalej. Doświadczeni spotkaniem z władzą poprzedniego dnia dało nam do myślenia. Odpuściliśmy sobie przejażdżkę po grzbiecie Fruskiej Góry, przewidując atrakcje dnia jazdy zgodnie z  przepisami. Przypominały nam o tym misiaczki z radarami stojący przy drodze prawie tak często, jak stragany z arbuzami. Pomimo żaru lejącego się z nieba ciągnęliśmy się kilometr po kilometrze zgodnie z wytycznymi: 90, 80, 40, 60, 20, 90, 60, 80, 40 (przy miażdżącej przewadze 60 i 40!) …, bezowocnie próbując zrozumieć logikę ustalania tych ograniczeń. Kiedy w Sabac zatrzymaliśmy się na późne śniadanie widzieliśmy kolejnego grabieżcę łupiącego jakiegoś podróżnego z jego oszczędności.

Byliśmy zagotowani tą jazdą, ale szczęśliwi, że nie biedniejsi o kolejne euryki. Po drodze na Valjevo, wraz z pojawieniem się górek i zakrętów zniknęły patrole i zaczęła się ludzka jazda. Zrobiło się na tyle swojsko, że w drodze do Pozega odbiliśmy sobie na Divcibare i bocznymi drogami podążaliśmy dalej w stronę Pozega podziwiając malownicze krajobrazy i odpowiadając pozdrowieniami machającym do nas, uśmiechniętym mieszkańcom okolicznych wioseczek. Czuliśmy się wspaniale – wyjazd nabierał coraz więcej rumieńców.

W Pozega poczuliśmy trochę włoskie klimaty, bo w zakorkowanym mieście pojawiły się klaksony i nerwowe reakcje kierowców. Kierując na Ivanjica, na wylocie z miasta trafiliśmy na jakąś demonstrację … szczęśliwie pokojową.

Spora część demonstrantów potraktowała nas jako lokalną atrakcję, więc w celach integracyjnych, przybiliśmy dziesiątki piątek przy okrzykach „Bracja Paljaki!” i ruszyliśmy dalej.

Kierując się w stronę Prijepolje, po całodziennej jeździe, natrafiliśmy na jezioro Zlatarsko  i tak zaczęliśmy szukać spania nad wodą w Kokin Brod. Z dostępem do jeziora było kiepsko – strome brzegi i zero szans na dojazd nad wodę, nawet dla Afryki i Trampka. Szczęśliwie, ale po przedarciu się przez tamę i jakiś kamieniołom trafiliśmy na swoją wodę.

Po rozbiciu się ruszyliśmy do długo wyczekiwanej kąpieli. O zgrozo … okazało się, że woda jest tak lodowata, że po kilku sekundach łupie w kościach. Po kilkunastosekundowej kąpieli, wśród dzikich wrzasków (bynajmniej nie z rozkoszy) w tej lodówie najpierw się obudziliśmy, aby za niedługą chwilę poczuć błogie zmęczenie (chyba je polubiliśmy). Nie zaskoczył nas fakt, że podwójna porcja ciepłego zestawu „ser z ziołami” zapity naparstkiem „policyjnej” rakiji zwaliła nas do spania.

31.07 (DZIEŃ TRZECI) (360 km) – most – Podgorica

Chłodny poranek nie sprzyjał długiemu wylegiwaniu się, więc niedługo po siódmej zaczęliśmy się pakować. RaFał skarżył się na problemy ze zmianą biegów i po krótkich oględzinach okazało się, że przy ostatniej dolewce uraczył swego Trampka nie łyczkiem, tylko hałstem oleum, które teraz trzeba było upuścić. Jako, że nie miał w tym doświadczenia kawa smakowała mu dzisiaj trochę inaczej, … półsyntetycznie.

Po wygrzebaniu się spod mostu, orientując się na słońce wrzuciliśmy kierunkowskaz w prawo, kierując się na południe. Po nowej, wijącej się wśród gór drodze E760 sprawnie poruszaliśmy się do przodu. Po około 20 km trafiliśmy na niepokojący drogowskaz, który wskazywał, że zamiast na Prijepolje obraliśmy przeciwny kierunek, na Uźice. Kilkadziesiąt minut później ponownie mijaliśmy nasz most, ale dzięki temu ponownie zaliczyliśmy przyjemne winkielki, które wówczas jeszcze nam się nie znudziły – w myślach z uśmiechem mówiliśmy do siebie „oo! już tu kiedyś byliśmy!” jednocześnie czując wolność, przestrzeń przemieszaną z porannym rześkim powietrzem :). Dalej szło już gładko …, znaczy prawie. W Prijepolje widząc dziwne oznakowanie dziwnych skrzyżowań, kilka widoków obejrzeliśmy dwukrotnie (za którymś z kolei razem takie repety nie powodują już moralnych spustoszeń w organizmie 😉 ). Dopiero konsultacje z miejscowymi wyprowadziły nas na dobrą drogę, w kieruku Pljevlja. Na granicy nie było kolejki i poszło bardzo sprawnie i bezstresowo, choć dość długo sprawdzali nasze dokumenty. Tym samym nasze stopy po raz pierwszy stanęły na ziemi MNE. W Pljevlja urządziliśmy sobie tradycyjną przerwę śniadaniową pod marketem, gdzie była pierwsza okazja zapoznać się z miejscowymi, których nasza obecność żywo zainteresowała. Kiedy ruszyliśmy dalej, na głównym skrzyżowaniu zorientowaliśmy się, że nie użyli tu drogowskazów. Testując poprawioną komunikację ja kiwnąłem głową „jak dalej”, a RaFał odpowiedział ramionami „nie wiem”. Ta rozmowa musiała wyglądać międzynarodowo, bo stojący po przeciwnej stronie skrzyżowania mężczyzna zaczął wymachiwać rękoma wskazując nam kierunek. Zagracaliśmy drogę, więc stojący za nami kierowca objechał nas, otworzył okno i bez pytania o nic wskazał nam ten sam kierunek mówiąc „Żabljak desto!”, więc już jako doświadczeni włóczędzy, pojechaliśmy w prawo. Widać gubienie się jest tam normą. W okolicach Durdevića Tara zwaliły się na nas powalające widoki. Banan zagościł pod kaskami na stałe.

Kilka kilometrów dalej zobaczyliśmy most nad kanionem Tary, gdzie urządziliśmy sobie krótką przerwę.

Spotkaliśmy tu pierwszych Polaków, którzy podróżowali autobusem z rosyjską wycieczką. Narzekali na wycieczkę do albańskiej Tirany, gdzie na granicy MNE-AL wszystkim zabrano paszporty i zwrócono dopiero przy wyjeździe z Albanii. Nie odpowiadał im również chaos i dezorganizacja jaka tam panuje. Most na rzece Tara to bardzo charakterystyczne miejsce. Praktycznie w każdym przewodniku, czy folderze umieszczany jest jako atrakcja widokowa (potwierdza to fakt sporej ilości turystów fotografujących z mostu dolinę rzeki). Nic dziwnego, dolina z rzeką, pod względem widokowym potrafi zachwycić. Krystalicznie czysta woda, płynąca w kamienistym korycie, mieni się kolorami tęczy. Osobiście również dołączyliśmy do turystów z aparatami, aby uwiecznić parę ujęć.

Po serii zdjęć ruszyliśmy zakrętami w stronę parku Durmitor. Niestety po dojechaniu na miejsce okazało się, że przejazd motocyklem przez park  nie jest możliwy (wcześniej słyszeliśmy, że tak można) i dlatego tym razem postanowiliśmy odpuścić sobie wizytę. W tym miejscu odczuliśmy oddech komercji, która z pewnością, niebawem obejmie sporą część tego pięknego kraju. Spieszmy się poznawać te rejony, gdyż nie wszystkim będzie dane „Zdążyć przed cywilizacją” a takie było motto przewodnie naszej wyprawy. Po powrocie do mostu nad Tarą skusiliśmy się na płynny posiłek w postaci energetycznego napoju gazowanego i ruszyliśmy wzdłuż kanionu na południe zatrzymując sie od czasu do czasu na kilka fotek. Warto się zatrzymać na pierwszym parkingu, z którego można zejść do koryta rzeki. Tak też uczyniliśmy, chłodząc głowy w przejrzyście czystej wodzie, hurtowo fotografując motyle, których w pobliżu były dziesiątki. Jak się później okazało, drugiego parkingu z tak dogodnym dojściem do kanionu rzeki, nie było.

Z Mojkovac obraliśmy kierunek na Podgorica opuszczając kanion Tary i witając Morača. (Albania była coraz bliżej.) Odwiedzając monastyr Morača (we wnętrzu znajdują się przepiękne ikony – niestety fotografować nie można) zauważyliśmy, że otoczenie zaczyna zmieniać swoje oblicze z zielonego na coraz bardziej spalone, powoli wyciskając z nas poty.

Jeden z leciwych tubylców, władający germańskim narzeczem reklamował smażone ryby, serwowane nad strumieniem przy monastyrze (ze względu na dosyć napięty plan dnia, nie skusiliśmy się). Jednogłośnie stwierdziliśmy, że nadszedł odpowiedni moment na poszukiwanie miejsca na nocleg, z dostepem do zimnego piwka. Zaczęły się poszukiwania odpowiedniego miejsca. Niestety okazało się, że wraz ze zmianą krajobrazu spadły szanse na sensowny obóz nad wodą, no i chłodzony wywar chmielowy. Kilometry zaczęły uciekać spod kół (10, 30, 50, …, 70) – na drodze panował spory ruch, a wszechobecne napisy na skałach, tunelach i znakach „Auto ślep” z numerem telefonu, dawały do myślenia, że na tutejszych winklach nie zawsze jest bezpiecznie (o czym mogliśmy przekonać się podczas dalszej podróży). Tak rozglądając się dojechaliśmy do Podgoricy, gdzie poczuliśmy, co to znaczy ciepełko. Tłukąc się przez z lekka przypchane miasto bez drogowskazów zaczynaliśmy się topić. W powietrzu poczuliśmy tropikalne klimaty. Do pieca dokładały szalejące wentylatory naszych motorów. Nie wspomnę o tych z autobusów i samochodów, wśród których się cisnęliśmy. Liczyliśmy na znalezienie kempingu zaznaczonego na mapie w okolicach Rudine, leżącego na wschód od Podgoricy. Zaczęliśmy wypytywać miejscowych jak tam dojechać. Jak okazywało się w 98% przypadków, mieszkańcy znali wyłącznie topografię dzielnicy, w której mieszkali. Większość po wskazywaniu przez nas miejscowości Rudine (z wyraźnym oznaczeniem znajdującego się tam kempingu) bezradnie wzruszało ramionami. Świadomi zachodzącego słońca i perspektywy ciemności za około godzinę, nie odpuszczaliśmy. Po kilku minutach, zebrała się wokół nas spora grupka chętnych do pomocy. Obracali mapę, wydzwaniali do znajomych, aż wreszcie wskazali nam odpowiedni azymut. Zapadał zmrok, zaczęliśmy mijać ostatnie zabudowania przedmieść Podgoricy – niebawem zrobiło się zupełnie ciemno i znienacka w reflektorach Afri jadącego przodem Piotra ukazał się wystający na 40cm ponad ziemię, zrobiony z dykty drogowskaz z nabazgranym czarną farbą napisem Rudine! Co za ulga!, zaraz dojedziemy do kampingu, rozbijemy namioty, z pewnością będzie zaplecze sanitarne, (może nawet jakiś prysznic!) a i może będzie bar z zimnym chmielem (tak to sobie wyobrażały nasze zmęczone upałem umysły).

Szeroka na jeden samochód droga do Rudine pięła się cały czas w górę, na której wypalone słońcem zbocza straszyły pustkowiem. Było ciemno, wąsko, a wątły asfalt co chwilę przechodził w szutrówkę. Mieliśmy odczucie, że ta droga nigdy się nie skończy a Rudine nie istnieje w ogóle. Nigdzie nie widzieliśmy śladów życia, żadnych odgłosów, żadnych świateł – tylko ciemność, cisza i droga w górę. W oddali widzieliśmy już tylko nocne światła Podgoricy – byliśmy 900 metrów ponad miastem.

Odczuwaliśmy już zmęczenie przygodami dnia, ale świadomość, że z noclegiem wyszło jak zawsze, czyli kiepsko przywracała uśmieszek na twarzy, bo kto powiedział, że będzie lekko 🙂 Iskierka nadziei pojawiła się, kiedy w ciemnościach zauważyliśmy dwie  kobiety rozmawiające na zboczu góry, mając przed sobą widok rozświetlonego w dole miasta. Tak jak szybko iskierka się pojawiła, tak szybko zgasła – dogadując się po angielsku dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w Fundine a do Rudine jeszcze z 20-30 minut wspinaczki, ale żadnego kempingu tam nie znajdziemy (nowa mapa okazała się w tej kwestii lekko nieaktualną) – marzenia o kąpieli i te pozostałe, pękły jak bańka mydlana. Jedyna słuszna decyzja to rozbić się gdziekolwiek, czyli na płaskim skrawku ziemi zaraz przy drodze nim nastanie noc. Zaczynamy sprzątać to, co zostało tam po pędząnym bydle, żeby zrobić miejsce na namioty, kiedy jedna z kobiet podchodzi do nas i proponuje rozbicie namiotów u siebie w ogrodzie. Po oporządzeniu się jesteśmy zaproszeni na swojską kolację.

Jeszcze przed paroma minutami robiąc remanent wody w bukłakach i menażkach, nawet nie marzyliśmy o takim zakończeniu dnia. Niezwłocznie znaleźliśmy miejsce dla naszych maszyn, postanowiliśmy rozbić namioty bez tropików i udaliśmy się do chatki na zboczu góry. Przyjęło nas małżeństwo (chyba 80cio-paro latków), które wiodło spokojny żywot, z dala od zgiełku Podgoricy. Swojski ser, swojski chleb, zupa a’la poljewka, łyk rakiji (chyba robiona jest w każdym gospodarstwie) i śliwki przed momentem zerwane z drzewa miło rozeszły się po naszych organach. Chwila rozmowy, wymiana uśmiechów, pamiątkowa fotka i ruszyliśmy w stronę naszego tysiącgwiazdkowego noclegu.

Cieszyliśmy się tą przygodą, życzliwością ludzi, zrozumieniem, pełnymi żołądkami, pięknym widokiem świateł Podgoricy, który widzieliśmy z namiotów, gwiaździstym niebem i szumem orzeźwiającego wiatru, który towarzyszył nam do samego rana.

Mieliśmy poczucie, że to chyba o to właśnie chodziło w tym naszym wyjeździe i pomimo tego, że celu jeszcze nie osiągneliśmy, czujemy, że przeżywamy to, czego nasze trzewia podświadomie pragną najbardziej.

01.08 (DZIEŃ CZWARTY) (240 km) – Podgorica – Teth – Ulcinj

Gotowi do odjazdu byliśmy o 8 mej rano – wypoczęci, wyspani, pełni wspomnień dnia poprzedniego. Napis „HVALA” (Dziękuję) na piachu i ruszyliśmy w kolejny dzień, który, jak się później okazało, będzie kamieniem milowym w naszej wędrownej moto – karierze.

Po gościnie i nocy spędzonej w ogrodzie mieszkańców Fundiny w Montenegro, którzy nam poprzedniego dnia sprawili miłą niespodziankę, z dreszczykiem emocji ruszamy w kierunku granicy z Albanią, zahaczając jeszcze tradycyjne podmarketowe śniadanie. Kierujemy się na przejście graniczne za miejscowością Bozaj / Hani Hotit (droga nr E762). Ponownie nieoznakowana Podgorica stawia przed nami wyzwanie – bo przecież trzeba wiedzieć w którą stronę jechać. Pytamy napotkanych mieszkańców o „Szkoder” i ogromnym zaskoczeniem są dla nas odpowiedzi w postaci gestu wzruszonych ramion. Niewiarygodnym dla nas był fakt nieświadomości istnienia miejscowości, która jest największą, najbliższa  po drugiej stronie jeziora, które nosi nazwę „Szkoderskie”.  ??? Zagadka rozwiązuję się w momencie, kiedy kolejny z pytanych o drogę tubylców, na początku również nieświadomy o co pytamy, po rozeznaniu się po pokazaniu przez nas palcem na mapie miejscowości wykrzyczał „AAA!!! Skader! Albanija!!! Skader! Albanija!” – eureka! czyżby akcent miał aż takie znaczenie? Tubylec wskazał nam azymut ale musieliśmy pytać dalej – już tak, jak trzeba – „Skader – Albanija”. Już każdy wiedział o co nam chodzi, niestety nie każdy jak tam jechać :). Z pewnością długo byśmy jeszcze kluczyli (a poranne słońce już dawało nam się we znaki) gdyby nie napotkany na światłach posiadacz skutera z niemieckimi rejestracjami, który wspaniałomyślnie wyprowadził nas na drogę wylotową z Podgoricy w stronę granicy z Albanią. Podążanie za miejscowym zbawicielem było nie lada wyzwaniem, ewidentnie zaprezentował nam  wyższość gibkiego skutera nad naszymi, obładowanymi motorami, w chaosie zatłoczonej już Podgoricy. Niejednokrotnie znikał nam z pola widzenia, kiedy z lewego pasa z tymże kierunkowskazem nagle wypryskiwał w prawo, a my w szamocie rzucaliśmy się w pogoń, wjeżdżając na chodniki i wysepki. Ruch ręką wskazujący dalszy kierunek, gest podziękowania z naszej strony i jesteśmy na właściwej drodze. Chyba właściwej, bo jej jakość z kilometra na kilometr się pogarsza. Albania coraz bliżej! Mijamy Tuzi, Bozaj i jesteśmy na granicy!

Czy nie będzie kłopotów na przejściu? Jakie będzie nastawienie pograniczników? I co będzie za granicą ciągle przewijało nam się przez głowy. W tle widzimy Góry Prokljetne (Przeklęte), z którymi niebawem przyjdzie nam się zmierzyć a dookoła hałasują miliony cykad. Ten dźwięk słyszeliśmy już w drodze do granicy, ale w tym miejscu był wyjątkowo intensywny. Po prawej stronie mamy Jezioro Szkoderskie.

Słońce  zaczyna nam doskwierać na dobre, jest baaardzo gorąco.
Na przejściu granicznym nawiązujemy kontakt z pierwszymi Albańczykami. Jak się okazało trafiliśmy na światowców podróżujących rzecz jasna mercedesem „puchaczem” – podróżujących w celach zarobkowych, o szczegóły woleliśmy nie pytać. Byli uśmiechnięci i przyjaźnie nastawieni do włóczęgów na motocyklach. Bardzo się ucieszyli, kiedy dowiedzieli się, że naszym celem nie jest jakaś tam Grecja, tylko ich Albanija. Tutaj nauczyliśmy się pierwszych słów … lutem, faleminderit. Przejazd przez granicę poszedł nader gładko, bez zbędnych pytań, kontroli i opłat. Celnicy, przyzwyczajeni przez turystów – obowiązkowo wbili pieczęć do paszportu.

Na najbliższej stacji benzynowej zwiększylismy zapas wody do picia, czuliśmy, że może okazać się potrzebna – nie znaliśmy również realiów jakie możemy zastać oddalając się od granicy. Lepiej się zabezpieczyć.  Ruszyliśmy w stronę Koplik. Jakość drogi wskazywała, że dopuszczalna prędkość 80 km/h nie jest tu tylko urzędniczym wymysłem, a wynika z naturalnych ograniczeń stawianych przez jakość drogi. Było wąsko albo bardzo wąsko a zakręty zazwyczaj kończyły się kolejnymi zakrętami. Często odnosiliśmy wrażenie, że jedziemy cały czas na krawędzi ryzyka – gdyby nagle jakiś inny pojazd wyjechał z naprzeciwka, szanse na bezszkodowe wyjście ze spotkania były nikłe. Ruch na szczęście był znikomy.

Często tylko my go generowaliśmy. Asekuracyjnie  szybko przyjęliśmy lokalny zwyczaj, że klakson jest dobry na wszystko i tym sposobem przy każdym manewrze używalismy go równoważnie z kierunkowskazem, co okazało się świetnym patentem, szczególnie przy wyprzedzaniu poboczem, na wąskich drogach, dymiących ciężarówek. Mijaliśmy kolejne wioski trochę zniesmaczeni wszechobecnymi stertami beztrosko porzuconych śmieci.

Po drodze wymieniliśmy uprzejmości z konwojem terenówek z Niemiec. Wjeżdżając do Koplik po raz pierwszy mieliśmy okazję posmakować chaosu komunikacyjnego, gdzie wciągnięci w mieszninę pojazdów i ludzi trochę się pogubiliśmy. Jechaliśmy wzdłuż głównej trasy, dookoła ruch pieszych, zaprzęgów, osłów, tragarzy. Po bokach dziesiątki straganów i gwar handlujących przy drodze. Zafascynowani tą innością miasta, w porównaniu z tymi które znamy, na rozdrożu pojechaliśmy prosto – czyli zbłądziliśmy. Ponownie pozdrowiła nas ekipa „Trophy” z konwoju terenówek z germańcami na pokładzie, których wcześniej wyprzedziliśmy. Radząc się u miejscowych szybko odnaleźliśmy drogę w kierunku Teth. Góry przed nami wyglądały imponująco, a niemiłosierny skwar zmiękczał nas bezlitośnie z każdą chwilą.

Od Kopik, w stronę Theth prowadzi wąska, nowo wyłożona asfatóweczka, która wije się pośród pagórków. Co rusz po bokach obserwowaliśmy życie w malutkich gospodarstwach, które zajmowały się wypasem owiec.

Powoli zaczynaliśmy myśleć, że historie jakie czytaliśmy jak ciężko dojechać do Teth przeszły już do historii, bo pociągnęli tam asfalt  i „nie zdążyliśmy przed cywilizacją” Rozmyślając tak, po wyjeździe zza zakrętu trafiliśmy na drogę zastawioną przez policję i ambulans, który zabierał właśnie cyklistę, który przyszlifował swojego mopeda, lądując w rowie, w kolczastych krzewach. Było trochę krwi, ale albańscy Policjanci przytaknęli pokazując kciuk do góry, na nasze zapytanie po angielsku, czy wszystko wporządku.

Notabene, na „mopedzie” skrzętnie ułożyli sandały i odzież nieszczęśnika, który uległ wypadkowi. Ruszyliśmy ostrożnie dalej. W okolicy wioski Boga nagle skończył się asfalt i wpadliśmy na drogę wysypaną luźnymi kamieniami, gdzie skończyła się jazda, a zaczęła walka z grawitacją i testy błędników i obuwia, które zaczęliśmy intensywnie używać do podpierania motocykli. Koła oślizgiwały się na w luźnych, okrągłych kamieniach.

Prawą stroną, lewą, wolniej, ostrzej … żaden sposób nie ułatwiał utrzymanie w ryzach zapakowanych motocykli. Po kilku kilometrach droga przeszła w bardziej utwardzoną, ale nadal kamienistą i bardzo wyboistą, a dodatkowo  zaczęła wić się w jak serpentynka w górę. Na nowym, offroadowym odcinku przydawały się tylko 1 i 2 bieg, a prędkość nie przekraczała 15 km/h.

Pomimo żółwiego tempa dogoniliśmy terenówkę na czeskich blachach, która pomimo wielu sygnałów nie chciała puścić nas przodem. Z kurzem trzeszczącym w zębach postanowiliśmy chwilę odsapnąć. Wymieniliśmy się doznaniami, pocieszając się wzajemnie, że obaj mamy tak samo ciężko. W trampku dodatkowym problemem duchowym była stosunkowo nisko położona centralka, która waliła o najeżone na drodze kamienie. Gdyby było ciemno mógłbym kierować się za RaFem na snop iskier ciągnący się za nim. Po łyku wody i ruszamy dalej. Wyjeżdżając ponad poziom lasu mamy przed oczami malownicze, rozpostarte wśród gór widoki.Zapierało dech w piersiach, rano jeszcze nie myślelismy, że już dziś będziemy zdobywali Theth, a Theth coraz bliżej i jak jest pięknie!

Wspinamy się coraz wyżej, a droga z jednej strony zaczyna być ograniczona ścianą, a z drugiej urwiskiem. Raz z jednej, raz z drugiej strony góry Przeklęte odkrywają przed nami swoje tajemnice. Słońce praży niemiłosiernie i marzymy o jakimś strumieniu, potoku …. ale tylko marzymy. Po bokach wyschnięte koryta, które tylko informują nas, że kiedyś coś tu płynęło. Co jakiś czas zatrzymujemy się polewając głowy zagrzaną wodą z butelek.
Ograniczenie drogi z jednej strony urwiskiem a drugiej ścianą, szybko okazuje się krytyczne podczas spotkania z terenówkami jadącymi z przeciwka, szczególnie, kiedy my wybieramy ślad od strony urwiska, a wyskakujące z za zakrętu auto wciska się między nas, a ścianę.

Jedno z takich spotkań kończy się wywrotką RaFała, który aby nie spaść w dół położył Trampka w stronę przepychającego się samochodu. Od tej pory bez względu na jakość drogi staramy się aby każdy zakręt pokonywać od strony ściany, pozostawiając samochodom możliwość zatrzymania się i przepuszczenia, bądź przepychania na krawędzi urwiska. Zasada okazuje się skutecznym rozwiązaniem. W sumie to niewiele brakowało a zbieralibyśmy trampka kilkaset metrów niżej. Nachylenie zbocza nie dało by szans na zatrzymanie motocykla – nadzieja w przyrodzie i przyciąganiu ziemskim.

Nikt nie mówił, że bedzie lekko, więc w pocie, trudzie i przepięknych widokach posuwamy się mozolnie naprzód, czując powoli zmęczenie upałem, walką z grawitacją i wspinaczką. Motory dzielnie znoszą katusze jakie im aplikujemy co jakiś czas wzdychając tylko wentylatorami.  W tym momencie jeszcze się o nie nie zamartwialiśmy, bo przecież to Afri i Trampek 🙂
Droga wiła się to w górę to w dół, posuwaliśmy do przodu powoli, co utrudniało utrzymanie równowagi, szczególnie w tych warunkach i w sytuacji, że to pierwszy nasz najazd w tak dzikie rejony i pierwsze doświadczenia. Dużym plusem tego stanu rzeczy był fakt, że wszystko odbieraliśmy intensywniej, bardziej się staraliśmy i jechalismy na falach euforii i adrenaliny. Chyba każdy wspomina z rozrzewnieniem swoje pierwsze eskapady tego typu. W tym stanie fajnie jest zdobywać doświadczenie na swoich błędach, oby tylko nie stanowiły zbyt dużego zagrożenia …… a rodzina, przyjaciele, koledzy bardzo daleko – możemy liczyć tylko na siebie.

Kiedy droga zrobiła się węższa, zaczęliśmy jechać częściej w dół niż do góry i dookoła nas zaczęły wyłaniac się drzewa, zaczęliśmy się domyślać, że cel naszej podróży – Theth jest coraz bliżej. Ostatni zjazd i widzimy rozpadający się płot, który widzieliśmy na zdjęciach. Nieopodal szumi potok i jest nawet knajpa, gdzie z pewnością kupimy coś zimnego, energetyzującego, aby pobudzić już porządnie wymęczone organizmy.

Jechaliśmy tego dnia już 7h, w tym 3/4 w trudnych, górskich warunkach. RaF od razu doskoczył do strumienia i przez 5 minut nie można było go odciągnąć – intensywne chłodzenie głowy bezpośrednio w strużkach lodowatej, krystalicznie czystej wody.

Spojrzenie na siebie, uśmiechy na twarzach „JESTEŚMY W THETH!” Tutaj nastąpiła przerwa na fotkę przy tablicy informacyjnej i na parę łyków Coca-Coli nabytej w knajpce nieopodal. Musieliśmy wygrzebać wszystkie drobne euro – walutowo byliśmy zupełnie nieprzygotowani, nawet nie wiedzieliśmy jaka obowiązuje w Albanii 🙂 – liczyliśmy na uczciwość tubylców i ani razu się nie zawiedlismy.
Powoli i z gracją ruszyliśmy wzdłuż wsi  podbudowani duchowo i fizycznie podskakując na kamienistej drodze, wijącej się między lichymi, wyplatanymi z kij płotami. Zaczęliśmy się rozglądać za mostkiem, który był impulsem naszego wyjazdu aż dojechaliśmy do kamienistego rozdroża otoczonego ruinami kamiennych domostw, z tablica informacyjną i mapą, na której chyba nijak nie mogliśmy się odnaleźć, w kontekście pewnej decyzji, w którym kierunku jechać. Zadecydowaliśmy, że w lewo – ostatni stromy kamienisty zjazd i JEST! Po sekundzie niepewności wiedzieliśmy, że to jest ON! JESTEŚMY U CELU!

Mostek jest w pięknym miejscu. Dookoła szczyty gór, z którymi się zmierzyliśmy (i przyjdzie nam się jeszcze zmierzyć, o czym niebawem się przekonamy). Rwący strumień jest krystalicznie czysty mieniący się kolorami kamieni, które spoczywały na dnie. Uściskaliśmy sobie z wzajemnością grabę i wskakujemy do strumienia chłodzić przegrzane narządy. JESTEŚMY U CELU! JESTEŚMY U CELU! Ogarnęło nas wspaniałe uczucie, uczucie samorealizacji, zwycięstwa z własnymi słabościami i satysfakcji, że „leszcz” też może. Marzenia i plany, trzeba konsekwentnie realizować – życie każdego z nas to tylko malutki epizod dla potęgi przyrody, która nas otaczała. Zdawaliśmy sobie z tego sprawę bardziej niż kiedykolwiek indziej.
Pstrykając foty dla uwiecznienia tego momentu i ciesząc się z osiągniętego celu zaczęliśmy radzić co dalej? Pomimo chwilowego, adrenalinowego wybuchu czuliśmy, że jesteśmy lekko wyjechani, ale mimo wszystko odrzucaliśmy myśl o powrocie tą samą drogą, pomimo, że na mapie wyglądała ona na krótszą. Nietety ani mapa, ani napotkana tablica nie mówiły nam jasno, który rozjazd jest tym właściwym, w stronę Szkoderu. Musieliśmy być ostrożni, bo oprócz 4 litrów zapasowego paliwa RaFa mieliśmy tylko to, co zatankowaliśmy przed wjazdem do Albanii, a i nie wiedzieliśmy jeszcze ile nasze sprzęty w takich warunkach przepalają. Tą mieszankę radości i dumania przerwał nam miejscowy chłopak, który przybiegł z obejścia zastawionego terenowymi Toyotami, leżącego kilkadziesiąt metrów od „naszego mostku”. Młody, mówiąc płynną anielszczyzną wypytał nas skąd jesteśmy, którędy jedziemy i zaproponował nocleg i wyżywienie. Na pytanie o frekwencję Polaków w tych stronach potwierdził, że dość często bywają zarówno na dwóch, jak i czterech kołach. Jako, że byliśmy bardziej nastawieni na dalszą drogę niż na nocleg najbardziej interesowały nas wskazówki co do dalszej drogi. Miała trwać około 5 godzin i być podobna do tej, którą pokonaliśmy w tą stronę (momentami lepsza, a momentami gorsza). Jak się później dowiedziałem RaF wywnioskował z rozmowy, że zaraz za wioską pojawi się lichy, bo lichy, ale asfalt. Ostatnie zmoczenie ciuchów dla ochłody, podziękowanie za pomoc i ruszamy dalej w swoja drogę. Wracamy do tablicy informacyjnej i przejeżdząjąc koło niej poruszamy się w dół strumienia. Droga wspina się powoli po zboczu porośniętym drzewami.

Cień daje trochę ukojenia, ale nawierzchnia składająda się z luźnych kamieni nie daje nam odetchnąć w ciągłej walce z grawitacją. Tak pokonujemy kolejne metry, a te z wielkim mozołem składają się w kilometry. Siwi od kurzu zatrzymujemy się przy moście rozwieszonym nad strumieniem, na którym spotykamy miejscowego młodzieniaszka, który jest mieszancem tego odludzia i cywilizacji. Po odludziu wiezie go konik podobny posturą do osła, ale ubrany jest w dżinsy, w uszach ma słuchawki, a muzykę zapodaje mu Sony Ericson. Korzystając z przerwy przy wodzie moczymy się co nieco dla ochłody i ruszamy dalej. Droga cały czas wymaga od nas wiele wysiłku w utrzymaniu motocykli w pozycji zbliżonej do pionu.

Ale to nie był koniec tego dnia a dopiero półmetek.

Przy naszym zmęczeniu, sporo rzeczy zaczęło nam umykać. Droga nie miała końca – zakręt, podjazd, zjazd, zakręt a w oddali wioski na odludziu. Nadal walka z grawitacją i ogromne zmęczenie. Ból głowy stał się czymś normalnym, gdyż dokuczał już od paru godzin. Obserwując otoczenie zastanawialiśmy się jak tu żyć, bo jednak ta dziewicza przyroda i spokój są cudowne, z drugiej strony, zaczęliśmy doceniać, to co mamy u siebie w domach. Trudno mieć wszystko na raz.

Przemieszczając się wąskimi szutrami, w przekonaniu, że tutaj nie napotkamy już dwuśladów, bo nie dadzą rady, nagle natrafiliśmy na powoli przemieszczające się w tym trudnym terenie ciężarówki z drzewem, na których burtach siedziała siła robocza w ilości 12 mężczyzn bez koszulek (zamiast dźwigu), która była odpowiedzialna za umieszczenie potężnych drewnianych bali na przyczepie. Niezłe ekstremum, oceniając rozmiary i ogrom przewożonego drzewa i fakt, że prawe koła ciężarówki niemalże wystawały za drogę – na krawędzi urwiska. Tu zyją twardziele! RESPECT!

Trasa ciągnęła się godzinami, upadki morlane wynikające z nowych doświadczeń dla naszej psychiki, dawały się nam we znaki. Już myśleliśmy, że ta droga nie ma końca, a my jesteśmy skazani na nią za grzechy zycia. Wiedzieliśmy, że tego dnia poprzeczkę postawiliśmy sobie za wysoko! Jedno wydarzenie wyratowało nas z opresji! Jadąc skonsternowani przed siebie, nadal walcząc z grawitacją, nagle RaFal zauważył przed nim światła motocykli – tym charakterystyczne „oczy Afri”. Zatrzymal tak samo, jak nadjezdzajace z przeciwka trzy motocykle. Pierwszy z napotkanych wedrowcow rzucil: “Hi! Where are you from?”. RaFal:“From Poland!”. Wedrowiec: “ O kur …!!!”. My juz bylismy na koncu drogi z Teth, a spotkana ekipa ze Slaska podazala w tamta strone. Krotko porozmawialismy i kazdy ruszyl w swoja strone. Oni szczęśliwi, że mają to przed sobą … To spotkanie naładowało nam na chwilę akumulatory! Świat jest mały a Polacy są wszędzie!

Kawałek dalej, skończyła się szutrówka, zaczęła się zbawcza dla poziomu naszych sił asfaltowa droga– dojechaliśmy do Szkoder.

Szkoder przywitał nas totalnym chaosem komunikacyjnym. Każdy jechał w inną stronę, nic nie było uporządkowane a klaksony były słyszalne zewsząd. Zero znaków i kierunkowskazów – byliśmy zmęczeni i zawieszeni w próżni. Dużym pozytywem okazał się fakt, że pomocni ludzie wychodzili na środek skrzyżowań i rond pokazując jak jechać. W Albanii, za drogowskazy, podobnie jak w Czarnogórze służą ludzie siedzący przy skrzyżowaniach. My w tym momencie byliśmy już w transie, wywołanym zmęczeniem fizycznym, wycieńczeniem psychicznym i marzeniem o odpoczynku – jeszcze „leszcze”? J

Przebiliśmy się przez Szkoder i dojechaliśmy do granicy z Czarnogórą, na wysokości Sukobina. Była kolejka. Robiło się ciemno. Na szczęście granica okazała się mieć osobny pas dla motorów. Poszło szybko.

Utytłani na maksa zaczęliśmy gonić krętymi drogami w stronę Ulcinj, gdzie chcieliśmy poszukac miejsca na nocleg. Po drodze, niemal na naszych oczach doszło do wypadku, w którym wzięły udział dwa samochody – zderzenie czołowe. 100m szybciej i byśmy byli jego uczestnikami. Studzi nas to trochę. Kierowcy pojazdów rzucili się z pomocą rannym w zdarzeniu,  więc  omijając wraki, ruszyliśmy dalej. Ruch i brak wyobraźni kierowców w Czarnogórze, nie raz powodował, że nasza czujność była bardzo duża.

Nocą dojechaliśmy szczęśliwie do Ulcinj. Miejscowość „kurortowa” – mnóstwo ludzi na ulicach, tętniące życie – my marzyliśmy już tylko o przepłukaniu się i spaniu. W moment pojawił się Pan an skuterku, mówiący trochę po Polsku i zaproponował nam rozbicie namiotów przy jego domu, gdzie wynajmował też pokoje. Miejsce okazało się trafione w dziesiątkę. Kosztowało nas tylko po 7 euryków. Był prysznic i wszystko, co nam do szczęścia potrzebne. Rozbiliśmy się pod pnączami kiwi J Byliśmy wykończeni, ale skusiliśmy się jeszcze na krótki, nocny spacer po mieście. Później tylko spać!

Sprawdzając następnego dnia stan opon w tylnej Piotr znalazł wbitego, kilkucentymetrowego druta. Dobrze, że obyło się bez kapcia tam w górach, bo byłby problem z siłą potrzebną do naprawy dętki.

02.08 (DZIEŃ PIĄTY)  (170 km) – Ulcij – Kotor

Po trudach dnia poprzedniego pozwoliliśmy sobie na rozpoczęcie kolejnego dnia, bez planowania pory pobudki i wyjazdu. Wytoczyliśmy się z namiotów około godz. 9. Miejsce pod baldachimem z  pnączy kiwi i winogron okazał się strzałem w dychę, bo pomimo upału, który mógł nas zagotować zaraz po wschodzie słońca spaliśmy „do bólu” w kojącym cieniu.

Po ogarnięciu się ruszyliśmy w poszukiwaniu śniadania, które było pierwszym od momentu wyjazdu posiłkiem nie przygotowanym i zjedzonym w piknikowym klimacie z polegiwaniem na łonie natury. Miasteczko od rana kipiało od przewałki turystów. Na szczęście znalezienie miejsca udało się zaraz przy jednym z pierwszych napotkanych lokali, gdzie zaliczyliśmy zbawienną kawkę, zagryzioną pieczywkiem.

Po spakowaniu i wyruszeniu na stacji benzynowej spotkaliśmy kierowcę z Polski w Subaru Leganza. Słysząc o naszym wyskoku na albańską stronę opowiadał jak to w ten sam dzień, kiedy próbował zrobić to samo zniechęciła go długa kolejka na granicy. Widać nam była pisana runda, którą zaliczyliśmy w takich, a nie innych okolicznościach.

W planie na ten dzień było zobaczyć jezioro Szkoderskie. Skierowaliśmy się więc na północ. Przejeżdżamy drogą wzdłuż linii brzegowej w kierunku Vipazar zatrzymując się od czasu do czasu na kilka fotek.

Pogoda leje żar  z nieba, więc przemieszczamy się trochę leniwie. Z Vipazar kierujemy się na Cetinje wybierając mniej uczęszczane drogi. Ruszyliśmy w stronę Kotoru – WINKLE, WINKLE, WINKLE i JESZCZE RAZ WINKLE.

Poczuliśmy, że to co lubiliśmy najbardziej to teraz nasza zmora – każda prosta wzbudzała w nas wiele entuzjazmu! J Zbliżanie się do zatoki Kotorskiej odsłaniało nam coraz ciekawszy widok na nią. Z bardzo dużej wysokości, coraz niżej i niżej.

Zachciało nam się luźniejszego dnia – bo cel, Theth w Albanii, był już zdobyty, więc szybko znaleźliśmy camp przy zatoce, gdzie rozbiliśmy namioty.

Poszwędaliśmy się po okolicy, wypiliśmy po piwku i poszliśmy spać. Był plan, aby następnego dnia ruszyć dalej o 7mej .

 

03.08 (DZIEŃ SZÓSTY) (0 km) – Kotor

Pobudka o 7 rano doszła do skutku tak, jak planowaliśmy, ale zaraz po śniadaniu czuć było w organizmie, że wyruszyć będzie ciężko. Zaczęło się polegiwanie, wyciąganie i takie tam. Po krótkiej dyskusji stało się jasne, że tego dnia czeka nas nicnierobienie. Jako, że nie robienie niczego jest trudne, jak nie niemożliwe zaczęliśmy od podryfowania w gęstej od soli wodzie.

Postanowiliśmy, że aby nie wpadł nam jednak do głowy pomysł wyjazdu zaczniemy od kilku piwek w pięknych okolicznościach przyrody 🙂

W międzyczasie RaFał sporządził wędkę i ruszyliśmy na nabrzeże pomoczyć kija. Niestety ryby nas olewają i bierze się tylko kilka mikrusów, które po wypuszczeniu ostrzegają chyba resztę.

Dzień mija leniwie. Trudno się trochę odnaleźć bez przejechania dalszych kilometrów. Ale trafia się za to okazja, aby przeczyścić i dobrze przesmarować to i owo w motocyklach i pozwolic sobie na lekka przepierkę. Znaczy taka środa gospodarcza.

Szczęśliwie zbliża się wieczór. Wiedząc o planie wczesnej pobudki spotykamy się wieczorem z gospodarzem, aby się pożegnać i rozliczyć. Jak przystało na wiekowego człowieka zaserwował nam opowieść o tym jak to, kiedy młody chłopak kosił żyto i wypasał krowy tu gdzie stoją teraz wszystkie turystyczne obiekty.

 

04.08 (DZIEŃ SIÓDMY) (610 km) – Kotor – camp Borje

Wyjazd zaplanowany został ambitnie przed 6 rano. Po poprzednim dniu laby czuliśmy już głód dalszego przemieszczania się, więc z pobudką nie było problemu. Łyk zrobionej wieczorem kawy z termosu budził w ciele radość kolejnego dnia. Czując to przyjemne ciśnienie związane z trudami dalszej podróży zwijaliśmy się w milczeniu, w opanowanym już perfekcyjnie obrządku pakowania. O 5.30 rzucamy pożegnalne spojrzenie na śpiący camping i ruszamy lewą stroną zatoki, skąd przepłyniemy promem na drugą stronę.

Kierujemy się w stronę Dubrovnika.

Kiedy dojeżdżamy na jego wysokość robimy tylko kilka fotek z parkingu leżącego nad miastem i ciągniemy dalej. Po drodze zaczynamy czuć wilgoć w powietrzu. Coraz cięższe chmury i niepokojące błyski zmierzają nam na przeciw. Trochę się niepokoimy, bo słyszeliśmy, że droga biegnącą brzegiem Adriatyku po zmoczeniu robi się kisielowato śliska. Widząc nieuchronność ulewy zatrzymujemy się i wbijamy w przeciwdeszczowe „kondony”. Wybór okazuje się trafny. Dopada nas pompa, w której nie da się przekroczyć 20 km/h. Woda płynie w krawężnikach. Robi się „przeprawowo” tyle, że wzdłuż drogi. Dojeżdzejąc na granicę z Bośnią i Hercegowiną woda sięga za kostki, więc pogranicznicy puszczają nas machnięciem ręki. Jedziemy dalej. Podczas przejeżdżania przez most miota nami rozkręcony wiatrem deszcz . Nagle zaskakuje nas gradobicie. W sumie nie wiemy jak się zachować, bo to całkowite nowum. Samochody zatrzymuja się pod drzewami, a my przemy dalej. Na szczęście po kilku kilometrach opady ustają i droga przesycha. Bez ofiar w ludziach i sprzęcie przemy dalej.

Chorwację chcemy tylko przejechać i postanawiamy przemieszczać się na północ drogą nr.1, pomijając płatną autostradę. Jest to specyficzna trasa, sprawiająca wrażenie wyludnionej, co umożliwia sprawne przemieszczanie się. Mijane w oddali popalone i ostrzelane domy wywołują ciarki na plecach. Miasteczko z zawiesistą atmosferą i śladami wojny, gdzie szukamy stacji benzynowej znacznie odbiega od tego, co widać na turystycznym wybrzeżu.

Za Gračac, w miarę jak na zachodzie oddala się Adriatyk okoliczności natury zaczynają przypominać nam do jakiej strefy klimatycznej zmierzamy. Wiszące w oddali chmury zmuszają nas do myślenia o szukaniu suchego noclegu.  Jak jeszcze rano skarżyliśmy się na upał teraz zauważamy że jednak wolimy się pocić niż marznąć. Podejmujemy więc decyzję, że odbijamy drogą 52 w kierunku Senj, gdzie jeszcze się dogrzejemy. Droga okazuje się górzysta i kręta, czyli taka, gdzie nie liczy się jej w kilometrach tylko czasie przemieszczania. Tym samym dojechanie do założonego celu stoi pod znakiem zapytania. W jednej z mijanych wiosek zatrzymujemy się na chwilę przy straganie z nalewkami i serem. Handlarka mówi nam, że nad morzem też pada, co potwierdza to, co wisi na niebie. Tym samym postanawiamy zawracać i szukać suchego noclegu. Kupujemy jeszcze za ostatnie kuny po kawałku sera i flaszeczce rakji. Skacząc od wioski do wioski z pytaniem o nocleg napotykamy na kamping Borje, gdzie z powodu słusznej pory postanawiamy się zakotwiczyć. Rozbijamy się, gotujemy zupki z zapasów, zagryzamy je serem i zapijamy rakiją. Błogość rozlewa się ciałach, a niebo zaczyna przeciekać.

 

05.08 (DZIEŃ ÓSMY)  (370 km) – camp Borje – Maribor

Kiedy rano się zwijamy nadal pada. Zajmujemy budynek z sanitariatami, gdzie  na sucho pakujemy zgnojony dobytek. Nieodzowna część garderoby stanowi kombinezon przeciwdeszczowy.

Dzień ósmy, to już dzidowanie w stronę domu i ambitny plan, jak ominąć autostrade w Słowenii i zaoszczędzić 24 euro …! Awaryjnie mieliśmy plan dojechać do Austrii i tam gdzieś się przespać.

Pogoda jest deszczowa, a droga kręta i mokra więc przemieszczamy się powoli. Od Piltvickich jezior robi się bardzo komercyjnie, a więc i strasznie ciasno na drodze. Dociągamy się jakoś do granicy i kierujemy się na Nove Mesto. Całą Słowenię przebłądziliśmy  zygzakiem. Autostradę nie łatwo ominąć. To zygzakowanie bardzo nas wyjechało, do tego Rafał złapał kapcia w tylnym kole w okolicy Laško, co posypało nasz i tak kruchy plan. Tu zdobyliśmy pierwsze szlify we wspólnym radzeniu sobie w takiej sytuacji. W Laško nie udało znaleźć się serwisu oponiarskiego, więc zakasaliśmy rekawy  i po chwili, Piotr  jechał w poszukiwaniu stacji paliw, żeby napompować oponę ze świeżą dętką.

Rafał miał ciekawe spostrzeżenia, czekając na Piotrka przy Trampku bez tylniego koła i ruchliwej drodze. Mijało go sporo motocyklistów rodem ze Słowenii, wszyscy czule pozdrawiali, ale żaden nie zatrzymał się z propozycją pomocy. U nas w Polsce to chyba niedopuszczalne 😀

Tego dnia dojechaliśmy do Maribor (Słowenia), gdzie spędziliśmy noc w motelu, za zaoszczędzone na autostradzie – po 24 euro J. Ciekawe było doświadczenie pierwszego noclegu w zamkniętym pomieszczeniu zwanym powszechnie pokojem.

 

06.08 (DZIEŃ DZIEWIĄTY) (800 km) – Maribor – Żary

Wczesnym rankiem ruszyliśmy. Pełni energii, bo już tego dnia, mieliśmy być w domach. Po poszukiwaniach nie autostradowej granicy z Austrią, zakończonych sukcesem, dzidowaliśmy autostradą w stronę Wiednia. Dojechaliśmy do miejsca, gdzie samochody ciasno utkwiły w miejscu. Po chwili oczekiwania powiązanego z wytchnieniem okazało się, że to coś grubszego, bo wszystko stoi, bez jakichkolwiek oznak drgnięcia. Kiedy ruszyliśmy między autami okazało się, różniące nas pakowanie powoduje, że Afri radzi sobie wśród stojących samochodów zarówno wzdłuż, jak i w poprzek pasów, podczas kiedy okufrowany trampek stanowi zagrożenie dla lakieru ściśniętych ciasno katamaranów. Rozbicie naszego szyku kończyło się zostawianiem moto i błądzeniu wśród aut w poszukiwaniu współtowarzysza. Nie były potrzebne tropikalne upały, aby gotować się wśród rozgrzanych silników. Po kilkuset metrach przeciskania okazało się, że autostrada jest zablokowana z powodu wypadku i ruch kierowany jest przez miasto. Tam panuje dołujący dla naszego dziennego celu klimacik ze spiętrzonymi w bezruchu samochodami i słońcem lejącym żar z nieba. Nie znając gustów austriackiej policji powoli wspinamy się przez krawężnik na pas zieleni i kontrolnie, w tempie kosiarki posuwamy się do przodu. Robi się to dość ekscytujące, że zamieniamy asfalt na slalom między drzewami, tracąc strach przed policjantami kierującymi ruchem na krytycznych skrzyżowaniach. Zresztą na ich twarzach nie widzieliśmy też żadnego wyrazu sprzeciwu. Rozochoceni coraz sprawniej poruszaliśmy się do przodu poruszając się naprzemiennie pasami zieleni i ścieżkami rowerowymi. Tak docieramy do miejsca, gdzie kończył się zator i ruszyliśmy dalej autostradą w kierunku drogi szybkiego ruchu na Pragę. Znowu idzie sprawnie. – i tak już do samego domu. Wróciliśmy! Już nie jako LESZCZE! Z radością wróciliśmy do cywilizacji, przed którą parę dni wcześniej uciekaliśmy. Do następnego razu! Było warto!

 

TEKST I ZDJĘCIA: Rafał „RaF” Przedaszek i Piotr „Bigos” Zabagło

Strona Główna

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy !

Be first to leave your comment!

Name:

E-mail:

Strona Główna:

Komentarz:

Dodaj komentarz

Idź do góry